|
Urodziłam się w rodzinie adwentystycznej. Rodzice od dziecka mówili mi o wielkiej miłości Boga, a zamiast baśni na dobranoc czytali mi Biblię dla dzieci. Od dziecka wiedziałam, że przyjdzie taki moment, kiedy pewnego słonecznego dnia stanę w białej szacie nad brzegiem jeziora gotowa by oddać swoje serce, duszę i całe życie Jezusowi.
Było to moim największym marzeniem. Moi rodzice bardzo angażowali się w życie zborowe. Mieli własną filię ChSCh, robili różne akcje, mieli drukarnię poligraficzną. Chodzili od domu do domu, mówiąc ludziom o Bogu i wypożyczając im chrześcijańskie książki. Pomagałam im w tym wszystkim na tyle, na ile małe dziecko jest w stanie pomóc swoim rodzicom. Rok w rok jeździliśmy na Camp. Gdy miałam 9 lat moja mama zachorowała na Stwardnienie Rozsiane – chorobę, która niszczy człowieka fizycznie jak i psychicznie. Mama potrzebowała stałej opieki lekarskiej, bardzo drogiej rehabilitacji i jeszcze droższych lekarstw. Nie umiałam zrozumieć, dlaczego to właśnie moja mama... dlaczego to właśnie nas spotyka. Byłam zła na Boga. Mój charakter bardzo się zmienił, oddaliłam się od Boga. Czytanie Biblii i modlitwę zawsze odkładałam na później. Bo czy Bogu nie wystarczy moja obecność na nabożeństwach rodzinnych? Gdy miałam niecałe 13 lat zdecydowałam wybrać się na Camp do Zatonia, by spotkać się z przyjaciółmi. Zaplanowaliśmy wszytko dokładnie... pod czyją będę opieką, z kim będę spała, z kim będę jechała. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. W trakcie drogi na Camp, na który jechałam z przyjacielem moich rodziców mieliśmy wypadek samochodowy. Wyprzedzaliśmy maluchem tira. Skończyło się akrobacjami w powietrzu, walnięciem o drzewo w powietrzu - gdzie został kawałek zderzaka - i lądowaniem pomiędzy czteroma drzewami, z których nie dało się wyprowadzić samochodu. Oprócz paru wybitych szyb, połamanego zderzaka, rozlanego mleka sojowego, uszkodzenia komórki i dwóch wgnieceń na dachu NIC SIE NIE STAŁO! Był to prawdziwy cud, gdyż ludzie giną w o wiele mniej poważnych wypadkach. Czekając na znajomych ze zboru, którzy byli oddaleni od nas o parę godzin drogi, siedziałam na górce i rozmyślałam nad moim życiem i jego prawdziwym sensem. Doszłam do wniosku iż od dawna mojemu życiu brakuje sensu, gdyż brakuje w nim BOGA. To nie Bóg odwrócił się ode mnie, to ja odwróciłam się od niego. On mimo wszystko czekał na mnie z otwartymi rękami, aż wrócę do Niego jak syn marnotrawny. Na Campie zadecydowałam, że chce oddać moje życie Jezusowi. Dwa lata później, 15 lipca oddałam moje życie Jezusowi! Chrzest przyjęłam w promieniach słońca w pięknym jeziorze "Lubie". Moje życie nie jest usłane płatkami róż. Moja mama jest bardzo chora, ledwo chodzi... Często jesteśmy wystawiani na próby, ale z pomocą BOŻĄ staramy się przez nie wytrwale przechodzić. Moja życie nabrało zupełnie innego sensu..
|